wtorek, 16 sierpnia 2016

Maria Stepan - "Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć" - recenzja





Autor: Maria Stepan


Tytuł:
Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć.

                            Reportaże z Ukrainy.


Ilość stron:
239



Wydawnictwo:
Zwierciadło



Rok wydania:
2016








Są takie książki, których nie potrafię przeczytać od deski do deski. Odkładam je na półkę, zostawiam w torbie, noszę ze sobą wszędzie, gdzie idę, ale nie czytam. Zazwyczaj dzieje się tak z książkami, które w jakiś sposób mnie dotykają. Które wbijają w serce szpilę. Które budzą w głowie burzę myśli. Które później zostają we mnie na bardzo długo.
Lubię takie książki. Choć o wiele łatwiej byłoby przeczytać kolejną miłosną historię, od której aż mdli. Albo przenieść się do świata fantazji, gdzie smoki i inne stwory toczą walkę z ludźmi. Jednak ja wolę prozę faktów. Tematy, od których świat odwraca oczy. Które są oczywiste, ale wciąż pomijane. A jednym z nich jest Ukraina. Ukraina, w której od dwóch lat trwa wojna. Ukraina, która traci swoje dzieci na froncie każdego dnia. Każdego dnia, kiedy my imprezujemy, kupujemy nowe sprzęty i gadżety, marudzimy na wysokość zarobków i zbyt banalny obiad na stole - tam w okopach siedzą chłopcy i dziewczęta, walcząc o coś dla nas tak oczywiście posiadanego, że aż nieistotnego - swoją ziemię.


W serii reportaży stoimy na Majdanie gotowi na wszystko. Żegnamy bohaterów Niebiańskiej Sotni, spoglądając na ich ciała leżące w otwartych trumnach, ulice mokre od krwi i łez, a miejsca, w których zginęli od snajperskich kul ci "najodważniejsi z odważnych" - ozdabiamy kwiatami i zdjęciami, na których się beztrosko uśmiechają. Jesteśmy na Krymie i przyglądamy się z bliska zielonym ludzikom, przybywających coraz tłumniej na półwysep. Oglądamy osobiste rzeczy (wśród nich charakterystyczny bilet Lili Derden) ofiar zestrzelonego przez prorosyjskich separatystów samolotu linii Malaysia Airlines, lecącego z Amsterdamu do Kuala Lumpur.  Odwiedzamy ukraińskich żołnierzy, gotowych do walki w każdym momencie, szkolących, jak szybko i sprawnie złożyć broń. Jesteśmy świadkami hucznych obchodów Dnia Niepodległości, gdzie weterani działań zbrojnych siedzą na uboczu na swoich wózkach inwalidzkich, odziani w mundur z odznaką. Wreszcie wracamy do Polski, gdzie w ośrodku odwiedzamy żołnierzy, którzy trafili do nas na rehabilitację.


Może Cię to objedzie, może nawet nie zwracasz uwagi na to, co akurat dzieje się na Ukrainie, może myślisz sobie, że tutaj, teraz jesteś bezpieczny, że Ciebie to w ogóle nie dotyczy. Ale tak naprawdę, powtarzając za autorką książki: "Wojna jest bliżej niż nam się wydaje...". Warto się nad tym na poważnie zastanowić.



Książkę oceniam na 10/10!

poniedziałek, 2 maja 2016

Jarosław Gałuszka "Ćpun i Samarytanka" - tak trochę recenzja






Autor: Jarosław Gałuszka

Tytuł: "Ćpun i Samarytanka"

Ilość stron: 327

Wydawnictwo: Wydawnictwo Salezjańskie, Warszawa 2006











Szary, deszczowy dzień. Wracasz zmęczony do domu. To kolokwium dało Ci popalić, dwie noce zarwałeś, żeby zapamiętać te wszystkie nazwy wyrwane wprost ze średniowiecza. Jedyne, na co masz teraz ochotę, to kubek pachnącej pomarańczą herbaty, ciepły koc i lektura książki, którą chciałeś przeczytać od wakacji, ale, że zachciało Ci się studiować, ciągle brakuje Ci na to czasu. Mieszkanie na drugim piętrze w bloku zachęca blaskiem światła w oknach już z oddali. Zostało kilka kroków i będziesz na miejscu. Już w myślach zrzucasz kurtkę, mokrą od deszczu, i wciągasz ulubione (puszyste i mięciutkie) skarpety na stopy, mama przynosi Ci talerz ulubionego rosołu, w radio sączy się dźwięk piosenki, która od kilku dni krąży gdzieś nad Twoją głową, już jest tak milusio, tak przytulnie i błogo, aż tu nagle...
- Pożycz no dwa złote, kochanieńka - ciepły koc roztapia się w oka mgnieniu, a Ty znowu lądujesz na środku ulicy. Zerkasz spod kosmków rozrzuconych przez wiatr włosów z ukosa na postać, która chyba chce wydębić od Ciebie dwa złote na piwo czy coś do piwa zbliżonego. Masz jednak pewność, że chleba za to raczej nie kupi.


W taki, mniej - więcej, sposób zderza się świat Eli i Daniela. Dziewczyna z porządnego domu i chłopak z bagażem doświadczeń na plecach. Dwie zupełnie odmienne galaktyki, które nigdy nie powinny na siebie trafić wśród setek mlecznych dróg w kosmosie. A jednak - życie gra im na nosach i sprawia, że od tej niewinnej zaczepki nie będą potrafili się od siebie odczepić na troszkę (no dobrze, całkiem więcej niż troszkę) dłużej.

Miłość - piękne uczucie. Mówią, że najpiękniejsze na świecie. Jest cierpliwa i łaskawa. To chyba też te dwa słowa, które idealnie pasują do samej Eli - Samarytanki, ruszającej na pomoc zatraconemu w uciesze narkotycznego haju Danielowi. Ela, złota dziewczyna, wyciąga rękę do Daniela w sytuacjach, gdy wszyscy inni ludzie wokół odwracają wzrok na sam jego widok. Byłbyś zainteresowany, drogi czytający ten post, dotrzymywaniem towarzystwa chłopakowi w obdartych ubraniach, "pachnącemu" wczorajszym dniem i w dodatku naćpanemu do nieprzytomności? Widzę, jak przecząco kręcisz głową! A Eli Bóg, ona bardzo w niego wierzy i bardzo na niego liczy, podpowiada, żeby miłować tego człowieka obok mnie w autobusie czy sklepie tak mocno, jak miłuję siebie samego. Nieważne, czy jest bogaty czy biedny, miły czy niemiły, znajomy czy nieznajomy. I dlatego Ela miłuje Daniela, początkowo zupełnie po chrześcijańsku, i pragnie mu pomóc z całych sił.
Daniel z kolei to dusza artysty - fotografa, koneser czarnej muzyki i narkotyków. Taki to podupadły anioł, ze zwichniętym skrzydłem i przetrąconą aureolą. Z braku problemów sam sobie jeden wynalazł i bardzo mocno się go trzyma. Narkotyki. To taki jego prywatny bóg, który w gorszej chwili znajduje się na wyciągnięcie ręki i w dodatku pomoże zapaść w letarg, gdzie każdy problem pęka jak mydlana bańka i znika.

Miłość jednak oświetla drogę tam, gdzie panuje mrok. Mówi tam, gdzie panuje cisza. Roztapia stuletni lód. Koi ból. Żegna samotność. Daje siłę. Rodzi nadzieję. Nadzieję na tęczę po burzy. Nadzieję na radość po smutku. Nadzieję, że ktoś zatrzyma Cię gdzieś tam nad przepaścią, tuż przed ostatecznym skokiem. I tak też się dzieje. W głębinach słabości, gdzie wszystko jest już Danielowi jedno, w bezdechu odgórnie przegranej walki z samym sobą (którą to walkę on w istocie kilka razy podjął), Ela zdecydowanie trzyma jego dłoń. I pomaga mu wypłynąć na powierzchnię. Pomaga mu znowu oddychać i żyć zupełnie od nowa.

Walka o normalne życie, o stanowienie o samym sobie, o wolność siebie. Morze ciepłej nadziei i miłości, które potrafią odmienić człowieka i jego los. Opowieść o tym, że tak naprawdę w każdym z nas drzemie taki poczciwy samarytanin i czasem wystarczy ten jeden, powiedzmy - przysłowiowy, ćpun, żeby go rozbudzić i z jego pomocą pokolorować czyjś świat barwami przyjaźni i wiary.


Moja ocena książki: 5+! :)

sobota, 23 kwietnia 2016

Dzień dobry, blogosfero!

Tak sobie myślę, przytakując panu Januszowi Leonowi Wiśniewskiemu, że książki na półce potrafią powiedzieć zdecydowanie więcej o człowieku niż jego życiorys spisany na kartce.

Zaczęłam czytać, zachęcona przez moją mamę, w V klasie szkoły podstawowej. Samo moje imię (stąd też i adres bloga) związane jest ściśle z "Krzyżakami" Sienkiewicza, których mój ojciec wręcz uwielbiał. W jednej z dzielnic Gliwic, gdzie mieszkam, biblioteka umieszczona była na drugim piętrze domu kultury. Dom Kultury już lata temu przeżył swoją świetność - gościł światowej sławy tancerzy na swojej scenie i w swoim kinie wyświetlał najnowsze amerykańskie filmy. Aktualnie odstrasza obdartymi murami i twórczością lokalnych kibiców Górnika Zabrze. A piękne suknie tancerek obrastają w kurz gdzieś w jego wnętrzach czeluściach. Pierwszą książką, którą wypożyczyłam, była książka Kornela Makuszyńskiego pod tytułem "Szatan z siódmej klasy". Bardzo szybko zaczęłam znajdować przyjaciół na kartach książek. Broniłam oranżerii razem z Chłopcami z Placu Broni, podróżowałam za jeden uśmiech autostopem wraz z Poldkiem i Dudusiem, szukałam rozwiązania problemów Gaby z poznańskich Jeżyc, żegnałam wakacje z Jurkiem i Elą, chwytałam dzień z członkami Stowarzyszenia Umarłych Poetów.
Książki stały się nieodłączną częścią mojej codzienności, a także nieodłączną częścią mnie samej.
Nauczyły mnie myśleć niestereotypowo i ukształtowały we mnie indywidualny pogląd na życie i świat wokół. Mała biblioteka na drugim piętrze domu kultury stała się moim drugim domem. Uwielbiałam przychodzić do niej popołudniami. Wtedy niemal zawsze była wyludniona. Zachodzące słońce otulało PRL-owskie wnętrze i rozświetlało nadgryzione zębem czasu regały z jasnego drewna, na których książki zastygły zapomniane, pokrywając się drobinkami kurzu. Siadałam na drewnianym krześle między rzędami i przeglądałam je. Ich pożółkłe kartki zapraszały do wspólnej wędrówki w czasie. Kolorowe okładki, pachnące nowością oferowały moc współczesnych eskapad. Gdzieniegdzie ślad poprzedniego czytelnika - zagięty róg, podkreślony wers, krótka notatka u dołu strony. Wszystko to miało w sobie niepowtarzalny czar. Każda książka miała swoją duszę i historię. Odwiedzanie biblioteki było niewątpliwie chwilą wytchnienia i ucieczki. W bibliotece zawsze panował spokój i przyjemna cisza, zupełnie jakby pędzący świat mknął w siną dal, a ja z niego po prostu wysiadłam. Wędrowałam między regałami z wypiekami na twarzy, szukając kolejnej przygody, w którą zaraz wyruszę.

Przeczytałam wszystkie szkolne lektury i uważam, że klasyka jest jak najbardziej wskazana. Zakochałam się w "Lalce" Prusa, próbowałam zrozumieć Rodię ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, zaczarowało mnie "Wesele" Wyspiańskiego. Wraz z rozpoczęciem studiów książki niestety musiały stanąć na regałach i przodem przepuścić naukę. Bardzo mi ich brakowało. Przecież to właśnie książka ("Wagon Rosja") powitała ze mną Opole, gdzie zamieszkałam w akademiku.
W listopadzie 2013 roku na Ukrainie rozpoczęła się Rewolucja Godności. Zakończyła się ona czarnym czwartkiem 20 lutego 2014 roku, kiedy to snajperzy zastrzelili 100 rewolucjonistów. Serce Ukrainy spłynęło krwią. Nie mogłam uwierzyć, że tylu ludzi oddało swoje życie za ojczyznę. W dzisiejszych czasach (tj., według mojego zamysłu, współczesność) w kraju europejskim, z którym dzielimy granicę, ludzie ginęli na ulicach w imię ideału. Tak rozpoczęła się moja przyjaźń z Ukrainą. Przed rewolucją, jak znaczna większość Polaków, o Ukrainie mogłam powiedzieć tyle, że mówi się tam po rosyjsku, stolicą jest Kijów i ogólnie - biedę z nędzą tam mają. W grudniu 2014 roku zawitałam do Lwowa... i zakochałam się w nim bez pamięci. Stare mury kuszą tajemnicą. Niby wszystko jest w znacznym stopniu podniszczone, ale równocześnie tak bardzo zachwycające i piękne w tym swoim zniszczeniu. Zaczęłam czytać sporo o Ukrainie (będzie o niej nie jeden raz na moim blogu): książki-reportaże, głównie polskich dziennikarzy.

Jeszcze nigdy dotąd nie pisałam recenzji książki i nie za bardzo wiem, jak się za to zabrać. Mam nadzieję, że jakoś jednak się to uda i następnym razem będziecie mogli poznać jedną z lepszych publikacji, które czytałam - "Ogień Majdanu", czyli dziennik rewolucji.

Na początek - tyle ode mnie wystarczy. Zostawcie mi linki do swoich książkowych (i nie tylko) blogów w komentarzach. Chętnie zajrzę!

Z pozdrowieniami,
Danuśka